Tego lata również jest ich pełno. Skaczą między łodygami, chowają się pod liśćmi czy kwiatkami, przysiadają na źdźbłach trawy. Nawet chodząc wydeptanymi ścieżkami trzeba uważać, bo wydaje się, że wyskakują spod stóp.

Pierwsze maleństwo zielonego pasikonika dostrzegłam już przedwiośniem na… przebiśniegu (więcej w notatce nr 41). Myślę, że sprzyja im środowisko ogrodowej, niekoszonej łąki. Wśród kolejnych, wyrastających po sąsiedzku, ścian betonu ten „dziki” przydomowy, niewielki teren wydaje się unikalnym ekosystemem.

Nie rozróżniam poszczególnych gatunków z rodzin pasikoników i szarańczowatych. Podziwiam ich ogromną różnorodność: barw, kształtów pancerzyków, dźwięków. Czekam na ich głośne koncerty w ciepłe sierpniowe wieczory. Słychać je przecież nawet z odległości 50 metrów.

Do zeszłego lata nie miałam świadomości, że w ich procesie rozwojowym następuje tzw. lnienie. Aż pięć / sześć razy wyrastają z chitynowego pancerzyka, a pozostawiona wylinka zachowuje dokładne kształty owada. Zobaczenie takiego „ducha” nie jest łatwe!

Po pierwsze dlatego, że wylinka jest niewielka (ta ze zdjęć miała 1 cm długości), a po drugie – jej „żywot” też jest krótki.

Oczywiście próbowałam szukać kolejnych… Bezskutecznie. Bo one, jak duchy, muszą się nam ukazać. I tak oto, w tym roku, fotografując chabry… nagle dostrzegłam jeszcze mniejszy pancerzyk! Dobrze ukryty w plątaninie łodyg i liści. Do tego stopnia, że gdy ruszyłam się po macro-pierścienie do obiektywu… długo nie mogłam go odnaleźć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *