
Kiedy zaczyna brakować koloru w wypłowiałym, grudniowym świecie. Kiedy dekoracje świąteczne z zielenią, czerwienią i złotymi światełkami – jeszcze nie takie intensywne (no może poza sklepowymi półkami). Kiedy zaczynamy planować wypieki – pierniczki, pierniki, makowce, serniki. Wtedy zaczyna potężnieć tęsknota za światem pełnym barw…

Karty pamięci – zapchane. Porządki od miesięcy w nich nie zrobione. Ale to czas, który pomaga w nabraniu dystansu do kadrów. Co zatem najbardziej przyciągnęło uwagę, co zwabiło oczy i otworzyło pamięć zapachów, słońca, wiatru? Tak, maki!!! W najpiękniejszym rozkwicie przełomu maja i czerwca.

A do tego to powiązanie, niby oczywiste… a nie tak oczywiste. Że owoce maku z bakaliami – odwieczna tradycja.
Maki były bardzo kuszące dla dzikich zapylaczy. Trzmiele i trzmielce mogły spokojnie się w nich zmieścić, czasem nawet dwa, trzy. Przepychały się z tym swoim owadzim ADHD, temperamentem – rozbójnika! Na zdjęciu maleńka pszczolinka, która została przegnana od źródła makowego pyłku. Delikatna jak płatek kwiatu.

Atłasowe, widać na nich wszystkie zagniecenia, ślady i fałdki. Pyłki zagubione, rozprószone. Wystarczą trochę mocniejsze podmuchy wiatru, żeby te aksamity, płatki-skrzydła – opadły…

Malownicze, malarskie. Nawet muchówka (powyżej – niby pszczoła z głową muchy czyli bzyg) wygląda na nich szlachetnie.
Poetyckie. Inspirujące. Dominujące kolorem, ale dopiero w zieleni wiosennej, w towarzystwie chabrów i rumianków – najpiękniejsze.

