
Myślę, że to straszka. Ważka straszka! Pospolita.
Uroczo się maskuje. Jest jak pożółkłe źdźbło trawy. Przyjmuje taktykę – pozy nieruchomej, ale gdy zostaje zauważona (zazwyczaj tylko dzięki ruchowi), próbuje się schować… Czyni to całkiem zabawnie. I prawie udanie.

Z okoliczności przyjmuję, że straszka. Popielate bywają też pióronogi. Ale to straszka potrafi złożyć skrzydełka poziomo, ułożyć je płasko na tułowiu. Nie zwracałam wcześniej na to uwagi, a w tych kadrach nie jest to oczywiste.

Pozostając jednak pod urokiem tej delikatnej ważki, jej ukrywania się przed obiektywem, sięgnęłam po medium mi najbliższe – słowa. A efekt zabawy sylabami w takim obrazku:
Z przestrachem w górę spojrzała
I całkiem już oniemiała!
Tuż nad nią, z lewej wszak strony,
Stał człowiek wpół pochylony.
–
I patrzył z równym zdziwieniem
Na jej wyblakłe odzienie
I wąskie równe skrzydełka
Złożone jak nosidełka
–
Co szybko w górę unoszą
Gdy nie są zwilżone rosą.
Straszka więc bardzo powoli…
Ukryła się z drugiej strony.
–
Łapkami trawę objęła
Czarne oczka przymknęła
Zastygła w oczekiwaniu –
Co będzie przy tym spotkaniu?