
W sobotę, pomiędzy drobnicą deszczową a nocnymi tumanami mgły, w przyrodzie zauważalne było przebudzenie. Mimo nieobecnego słońca temperatura powietrza przekraczała dwadzieścia stopni. Już wiadomo, że mamy najcieplejszy październik od ponad pół wieku, a ten weekendowy dzień zapisał się rekordem w historii pomiarów IMGW.

W coraz bardziej uśpionym ogródku działo się nadspodziewanie dużo. Nawet samotny trzmiel przyleciał do ostatnich kwiatów warszawianek. Zamiast niego w kadrze przedstawiciel owadziego plebsu. Odnalazłam też skupisko wszędobylskich kowali bezskrzydłych, które również ochoczo wyszły do światła.



Ale najważniejsze odkrycie czekało w owadzim domku. Już się pogodziłam, że będzie tylko wątpliwą dekoracją, ewentualnie chwilowym schronieniem dla jakiś pluskwiaków czy pająków. Pięć otworków zostało jednak zalepionych czarną ziemią, korą, kamyczkami. Kto wybrał sobie to miejsce na złożenie jajeczek, nie mam pojęcia. Może to była któraś z dzikich pszczół murarek, albo makatka, albo miesierka. Oby udało im się przetrwać do wiosny! I chyba trzeba pomyśleć o naturalnym ociepleniu domku, bo nie jest to teraz zaciszne miejsce…




